Derlethian, czyli o Mitologii Cthulhu

Lovecraft zawsze był dla mnie wyjątkowym twórcą. Być może dlatego, że to od niego zaczęła się moja czytelnicza podróż, która trwa do dziś. To jego książki jako pierwsze wypożyczałem z miejskiej biblioteki i to o nim szukałem informacji w internecie. Proza Lovecrafta urzekła mnie gęstym klimatem grozy. Mocno działały na moją wyobraźnię obrazy małych amerykańskich miasteczek oraz zwykłych ludzi, którzy nagle stają twarzą w twarz z czymś obcym. Właśnie ten element obcości był na tyle wyrazisty, że nadał odpowiedni kierunek nowemu nurtowi literackiemu, czyli weird fiction.

No dobra, ale teraz jak to ma się do gier? Kiedy zacząłem poznawać inne popkulturowe dzieła wyrastające ze spuścizny Lovecrafta, coś przestało mi się zgadzać. Mam tu głównie na myśli gry wideo i planszowe, które bardzo upodobały sobie tematykę Cthulhu. Problemem był klimat. Gry opisywane jako lovecraftowskie miały w jakiś sposób nawiązywać do prozy Lovecrafta, ale ja tego do końca nie widziałem i właściwie nadal nie widzę.

Co jest lovecraftowskiego w walce z Przedwiecznymi? Co jest lovecraftowskiego w panteonie kosmicznych bóstw, które czekają, aż ktoś odkryje, jak się ich pozbyć albo przejąć nad nimi kontrolę? Otóż nic. Opowiadania Lovecrafta próbują uchwycić z różnych perspektyw ludzką naturę, która ogarnięta niebezpiecznymi żądzami zaczyna ewoluować w coś strasznego. W ludzkich głowach rodzą się demony, które na kartach autora przybierają… i tu chciałoby się napisać, że materialną formę, ale kosmiczne zło potrafi być czymś więcej. Nie chodzi tu o konstruowanie spójnego świata, w którym zło zawsze jest tym samym, a szaleństwo prowadzi tylko do jednego. Lovecraft nigdy nie chciał stworzyć czegoś, co dziś nazwalibyśmy uniwersum, a co kilka lat później August Derleth nazwał mitologią Cthulhu.

August Derleth był amerykańskim pisarzem, redaktorem i wydawcą, który zasłynął przede wszystkim jako bliski korespondent oraz pośmiertny popularyzator twórczości H. P. Lovecrafta. Po śmierci Lovecrafta współtworzył wydawnictwo Arkham House, dzięki któremu jego opowiadania trafiły do szerszego grona czytelników. To właśnie Derleth upowszechnił także termin „mitologia Cthulhu” i rozwijał lovecraftowskie motywy we własnych tekstach, dopisując do nich własną interpretację. U Lovecrafta najważniejsze było poczucie, że człowiek jest mały, zagubiony i właściwie nie ma kontroli nad tym, co odkrywa. U Derletha ten mrok bywa bardziej oswojony, ponieważ autor dopisuje do niego własną interpretację i traktuje mit jako coś, co można opisać, sklasyfikować, a nawet częściowo uporządkować.

Czy można dziś jeszcze rozdzielić popkulturę na nurt derlethowski, skupiony na spójnym świecie i walce ze znanym przeciwnikiem, takim jak mackowaty Cthulhu, oraz nurt lovecraftowski, w którym konfrontacja z obcym pozostaje poza naszym zasięgiem, a jeden krok za daleko oznacza zgubę? Chyba nie. Tego podziału już nie da się wyraźnie utrzymać. Pytanie tylko, czy sama świadomość jego istnienia daje nam jeszcze cokolwiek do zrozumienia.

Nie chcę się wymądrzać, lecz raczej wskazać drogę nie tylko do twórczości Lovecrafta, ale też Derletha, a okazja ku temu jest doskonała. Po wielu latach nieobecności na polskim rynku, za sprawą wydawnictwa IX, można w końcu zapoznać się z pięknie wydanymi zbiorami opowiadań.

Mamy do wyboru „Tropem Cthulhu”, w którym opowiadania są ze sobą powiązane postacią profesora Labana Shrewsbury’ego, który, jak można się domyślić, jest na czymś tropie. Wciąga on kolejnych nieszczęśników, którzy pomagają mu odnaleźć to, co nigdy nie powinno zostać znalezione. Akcja nie ogranicza się przy tym do małych miejscowości, bo będziemy podróżować po całym globie. Jest akcja, jest widowiskowo, a całość aż prosi się o przeniesienie na inne medium.

Drugim zbiorem opowiadań są „Maski Cthulhu”. Mają one bardziej lovecraftowski ton, a jedno z opowiadań opiera się nawet na pozostawionych przez Lovecrafta notatkach. Skala jest tu mniejsza. Poruszamy się między opuszczonymi domami i mrocznymi ulicami małych miast. Opowiadania są fabularnie wplecione między inne wydarzenia znane z prozy Lovecrafta, ale znajomość tych tekstów nie jest konieczna. Brakuje w nich trochę tego niewypowiedzianego, lovecraftowskiego zła. Pomysły są ciekawe, ale czasem akcja potrafi toczyć się zbyt wolno i niestety nie buduje napięcia. Mimo to dla kogoś spragnionego Cthulhu będzie to pozycja interesująca.

Mam nadzieję, że po tym wpisie ktoś sięgnie po jednego albo drugiego autora, bo choć dziś mamy twórców znacznie dojrzalszych w gatunku, powrót do klasyków potrafi dać sporo satysfakcji. I najważniejsze: Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.