Gęsia skórka

Dziecko na początku swojego życia ma problem z odróżnianiem rzeczywistości od fikcji. Nie posiada jeszcze wielu doświadczeń, a jego obraz świata dopiero zaczyna się kształtować. Rozwija wyobraźnię, uczy się kontrolować emocje i oswajać własne lęki. Nic więc dziwnego, że fikcja jest dla młodego człowieka tak pociągająca. Zmyślone historie bywają znacznie bardziej intensywne niż codzienność i angażują dziecko na wielu poziomach. Z tego samego powodu sny potrafią być w młodym wieku szczególnie przejmujące, a czasem wręcz traumatyczne. W końcu kto nie pamięta własnych dziecięcych koszmarów?

Kiedy byłem dzieckiem, bałem się wchodzić na strych w Tomb Raiderze 3. Prowadziły do niego drzwi znajdujące się na antresoli, w głównym holu domu Lary Croft. Po ich otwarciu witał mnie mrok, z którego wyłaniały się jedynie schody prowadzące na górę. Nigdy nie udało mi się po nich wejść. Stawałem w progu i wpatrywałem się w ciemność. Kilka razy próbowałem ruszyć naprzód, niemal z zamkniętymi oczami, ale narastający lęk szybko zmuszał mnie do odwrotu.

Bałem się także podczas gry w Super Mario 64. Kiedy biegałem wesołym hydraulikiem po opuszczonym domu albo wpatrywałem się w demoniczny portret Bowsera prowadzący do walki z bossem, wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Obrazy przenoszące nas do innych światów działały na mnie wyjątkowo mocno. Jak to właściwie możliwe, że bohater wskakuje do obrazu i nagle znajduje się w zupełnie innej krainie? Skoro on może wejść do obrazu, to czy coś z tego obrazu nie może przypadkiem wyskoczyć na mnie?

Emocje przeżywane w dzieciństwie często wydają się znacznie silniejsze. Być może odpowiada za to dopiero rozwijający się mózg, a może po prostu siła wspomnień, które z biegiem lat nabierają dodatkowego znaczenia. Ciekawe, jak człowiek w trakcie dorastania przestawia swoje postrzeganie świata, często stopniowo odrzucając ten fikcyjny jako niepotrzebny. Emocje wywoływane przez fantastyczne historie i wyobrażone zagrożenia powoli ustępują miejsca tym związanym z prawdziwym życiem. To naturalny proces. Ale co, jeśli nasze wewnętrzne dziecko nadal gdzieś w nas istnieje? Co, jeśli wciąż domaga się tych samych emocji, które kiedyś tak mocno działały na wyobraźnię? Na przykład strachu. Nie takiego prawdziwego, paraliżującego lęku, ale bezpiecznego dreszczyku niepokoju, który pozwala zajrzeć w ciemność, wiedząc, że nic nam się nie stanie.

Wszystkie te wspomnienia i przemyślenia przyszły do mnie, kiedy ogrywałem Goosebumps: Terror in Little Creek. Mechanicznie jest to przeniesienie rozwiązań znanych z gier Resident Evil, ale w bardziej bezpieczne realia, bez rozpadających się zwłok i goniących nas mutantów. Będziemy biegać po tytułowym mieście, odkrywać wejścia do kolejnych budynków i zdobywać umiejętności pozwalające nam przezwyciężać pojawiające się trudności. Gameplayowo totalnie nie ma tu nic odkrywczego.

Fabularnie też nie oferuje niczego niezwykłego. Cutscenki najczęściej polegają na tym, że kilka osób stoi i kolejno wypowiada swoje kwestie. Mamy tu do czynienia z pewną tajemnicą unoszącą się nad małym miasteczkiem, w którym krok po kroku odkrywamy naszą rolę w rozwijającej się intrydze. Fabuła nie jest szczególnie oryginalna, ale czuć w niej charakterystyczny sznyt R. L. Stine’a, twórcy książek spod szyldu „Gęsia skórka”.

Skoro ani gameplay nie porywa, ani fabuła nie jest wyjątkowa, to dlaczego w ogóle piszę o tej grze? Chyba przez to, jak nostalgicznie na mnie zadziałała. Zawsze byłem fanem grozy, a na „Gęsią skórkę” zawsze mam miejsce w sercu. Grając, wróciłem do wspomnień z dzieciństwa, kiedy gry były czymś absolutnie magicznym, a dziesięcioletni ja byłby tą produkcją kompletnie oczarowany… i prawdopodobnie ze strachu nie wyszedłby z pierwszej lokacji.

I w sumie może właśnie o to chodzi. Kiedy możemy sobie na to pozwolić i czujemy się bezpiecznie, warto czasem wrócić do tego dziecięcego spojrzenia — i nie bać się go w sobie na nowo odnaleźć.